Tekst

Czym jest teraz sztuka? Kim są artyści? Dlaczego potrzebujemy sztuki? I dlaczego artyści potrzebują... siebie?
Młoda dziewczyna z twórczym potencjałem w dość nieprzyjemnych okolicznościach spotyka doświadczonego życiem mężczyznę, którego dzieła są równie gorzkie i ciemne jak on sam. A życie staje się gorzkie i ciemne, gdy zajmujemy się równie paskudnymi sprawami. Czy dwie osoby z zupełnie innych światów odnajdą nić porozumienia? Czy pokazanie najgorszych stron swoich umysłów pomoże, czy tylko odstraszy?

Menu

wtorek, 28 marca 2017

Rozdział 10


Siedzieli razem na balkonie luksusowego mieszkania Oli. Jej rodziców nie było w domu, mogli więc spokojnie rozmawiać na każdy temat i robić wszystkie rzeczy, jakie zapragnęli. Oparła głowę o balustradę i wpatrywała się w migoczące gwiazdy na czystym, letnim niebie, włosy rozwiewał jej ciepły wietrzyk. Pozwoliła sobie na chwile beztroskiego relaksu, czemu od dłuższego czasu tego dnia sprzyjały okoliczności i to nie tylko piękna pogoda, dobry humor czy brak natłoku obowiązków. Przeniosła wzrok na swojego towarzysza. Miron, podobnie oparty, zamknął oczy i wsłuchiwał się w szum miasta uwielbiany przez ich oboje. Siedział całkiem nieruchomo, prawie jak posąg, a to wrażenie potęgowała jego blada, gładka skóra i zawsze tak samo idealnie ułożone włosy. Uwielbiała go dotykać, mierzwić gęstą blond czuprynę – to zawsze największa przyjemność. Pachniał też nieziemsko i wykorzystywała każdą okazję, by paść mu w ramiona i móc wdychać jego delikatną woń.
Przez ostatnie tygodnie ich relacja mocno się zacieśniła. Ola stała się regularną bywalczynią w studiu Lamberta i Mirona. Wszystko ją do niego ciągnęło, zarówno możliwość głębszego obcowania ze sztuką, jak i przebywanie z tymi, którzy ją tworzyli. Tworzyli lepiej niż ktokolwiek inny, o kim dane jej było usłyszeć, z niezwykłą pasją i oddaniem. Z początku głównie przyglądała się ich pracy, rozmawiała na związane z nią tematy, chciała uczyć się poprzez obserwację, ale po pewnym czasie to przestało wystarczać. Zaczęła tworzyć sama, nawet w dziedzinach, o których miała niewielkie pojęcie. Nie trudno się domyślić, że wychodziło jej to marnie, ale z ich pomocą z dnia na dzień szło coraz lepiej, brała sobie do serca każdą uwagę, krytykę i wskazówki, co dawało najlepsze efekty. Procesy twórcze pochłonęły ją całkowicie…
– Zastanawiałaś się kiedyś – zaczął mówić Miron– co by było, gdybyśmy zajmowali się w życiu czymś innym? Albo dlaczego zaczęliśmy robić to, co robimy… – Poderwał się nagle i oparł plecami o balustradę. – Kurcze, to materiał na wiersz, ale ja nie mam pojęcia, po co to wszystko robię i do czego jest mi potrzebna ta cała sztuka, chociaż nie umiem żyć bez niej.
– Myślę, że to pytanie do Lamberta. On zawsze pięknie mówił o sztuce.
– Chciałem wiedzieć, co ty myślisz… – powiedział ciszej, nie patrząc na nią.
– Sporo się nauczyłam, pracując z wami. Zaczęłam inaczej odbierać sztukę i teraz widzę, jak ważne jest zostawienie dla odbiorców otwartych drzwi, żeby mogli i chcieli szukać, odkrywać. myśleć, a nie tylko karmić oczy czy uszy. Nie pomyślałeś kiedyś, że to może pomagać ludziom, że jest pewnym sposobem komunikacji w naszym gatunku, pozostawieniem znaków po sobie, przesłania, które nas dręczy, żeby inni również się nad nim zastanowili?
– Komunikowanie się z samym sobą też – wtrącił Miron. – Za każdym razem, gdy coś tworzymy, musimy walczyć ze sobą, żeby to z siebie wyciągnąć. Widzę to u ciebie, czuję u siebie, a najbardziej widzę to u Lamberta. Jak nocami, gdy pracujemy, z każdym nowym projektem widzę u niego ból w oczach, jakby robił sobie coś złego. On cały jest inny, gdy tworzy, odkrywa czarne karty swojego umysłu. Wiele rzeczy na świecie już widziałem, ale oczu, które by świat miały zmienić, jak żyw nie. Aż poznałem jego… On jest chory, popieprzony po całości.
– Jest chory. Nikt nigdy w tak krótkim czasie nie zmienił tak diametralnie mojego życia…
– On nierzadko był dla ciebie po prostu paskudny. Wrzeszczał na ciebie, krytykował cały czas. To nie było potrzebne.
Ola spojrzała w niebo i pomyślała przez chwilę o tych przykrych chwilach spędzonych z Lambertem. Zawsze był bardzo surowy, prawił jej reprymendy za każda okazaną słabość.
– Było potrzebne. Jestem dzięki niemu trochę silniejsza.
– To akurat prawda, ale myślę, że to by przyszło z czasem. Bez tej jego, powiedzmy, pomocy. On tylko niepotrzebnie cię krzywdził, wymuszał zachowania, które według niego są wartościowe. Chce cię zmienić, tak jak cię ostrzegałem miesiące temu, nie widzisz? Potrafi zachować w tym umiar, dyskrecję, ale ciągle ingeruje w ciebie za bardzo. Nikt nie powinien tak robić.
– On chce dobrze. Nie czuję się z tym źle…
– Bo dałaś się zmanipulować! – oburzył się Miron, gwałtownie gestykulując rękoma.
– Czy teraz ty przypadkiem nie starasz się za bardzo ingerować?
Ola wyprostowała się i stanęła naprzeciwko Mirona. Jej pierś unosiła się szybko przez zdenerwowanie. Otaksowała jego sylwetkę, potem spojrzała na twarz, z której bardzo szybko zniknęło wcześniejsze poruszenie, patrzył na nią spokojnie, smutno, zupełnie inaczej niż kiedykolwiek.
– Ja też chcę dobrze. Dla Ciebie. I dla nikogo innego – powiedział cicho.
Dziewczyna milczała. Miron odbił się od balustrady, zrobił krok i czule ją objął. Schował twarz w jasnych włosach, chłonął delikatny zapach perfum. Począł całować jej szyję, nie spotykając się z żadnymi protestami, a wiedział, że nikt nigdy jej jeszcze tak nie całował.
Do domu wracał godzinę później, ciągle czując smak jej ust na swoich wargach.

♦♦♦

Chyba nigdy nie dostał tak dobrej oferty. W dłoniach trzymał umowę, którą miał zawrzeć z japońskim magazynem i w jej ramach pojechać tam z jedną ze swoich modelek na tydzień… Miał pojechać do Tokio współpracować z najpopularniejszym tam magazynem i jeszcze mu za to zapłacą. To będzie niesamowity zwrot w jego karierze fotografa.
Pod znakiem zapytania stała tylko ta jedna modelka, która miał ze sobą zabrać. Nie dali dla niej żadnych wytycznych czy warunków, ale i tak Lambert nie miał ani jednej modelki gotowej do wzięcia ze sobą w podróż, a musiał wywiązać się z warunków umowy podobnie jak sam magazyn.
Postanowił w końcu podjąć decyzję tak spontanicznie, na ile było go stać. Mimo późnej pory, ubrał kurtkę i wyszedł na zewnątrz. Prawie biegiem dostał się pod wieżowiec, gdzie mieszkała Ola. Zadzwonił i od razu drzwi na klatkę zostały mu otworzone. Na schodach wpadł na Mirona – chłopak był trochę zasapany i zaczerwieniony na policzkach. Uśmiechnął się do niego dziwnie, nie w swoim stylu i popędził na zewnątrz. Lambert nawet nie próbował go zatrzymywać, nie miał zresztą teraz głowy do rozmów.
Zadzwonił dzwonkiem do mieszkania na najwyższym piętrze. Po paru sekundach otworzyła mu dziewczyna w wyraźnie dobrym humorze, włosy miała lekko rozczochrane, oczy błyszczące jak dwa małe kryształki. Było w nich coś, czego jeszcze wcześniej nie widział, ale nie miał ochoty się nad tym zastanawiać.
– Coś się stało? – zapytała trochę zdziwiona późną porą odwiedzin Lamberta.
– Dostałem propozycję – zaczął od razu. Chciał jej to jak najszybciej powiedzieć. Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. – Wyjeżdżam na tydzień do Japonii zrobić zdjęcia do najlepszego tamtejszego magazynu.
– To świetnie! – niemal wykrzyknęła.
– W umowie jest warunek, że mam zabrać ze sobą jedną modelkę, która weźmie udział w sesji…
Ola poderwała głowę i spojrzała mu głęboko w oczy, próbując z nich cokolwiek wyczytać. Albo jej się wydawało, albo na twarzy Lamberta pojawił się cień uśmiechu, co zawsze wyglądało na jego licu niewiarygodnie i dziwnie.
– Pojedziesz ze mną?
Ola odwróciła się od niego i kilka razy obeszła przedpokój. Przetarła twarz dłońmi w geście zdziwienia, co wyglądało nieco komicznie.
– Nie wiem, czy dam radę… – wydusiła z siebie w końcu.
– Nie myśl o tym – przerwał od razu. – Powiedz tylko, czy chcesz. Reszta jest w moim interesie. – Podszedł krok bliżej i spojrzał na nią. Widział u niej zakłopotanie i wątpliwości, może nawet strach. Miał ochotą, aby ją pogłaskać zachęcająco po policzku, założyć niesforny loczek za ucho w niemal ojcowskim geście. Powstrzymał się przed tym jednak ostatkiem sił.
– Tak… Tak, pojadę z tobą – powiedziała, kiwając głową. Nie spojrzała na niego, ale czuła na sobie jego przeszywające spojrzenie.
– Cieszę się. Kiedy wrócą twoi rodzice? Będę musiał z nimi porozmawiać.
– Kiedy mielibyśmy tam wyjechać?
– W sobotę za dwa tygodnie. I oczywiście zostanie nam kilka dni na zwiedzanie Tokio. Jestem pewien, że ci się tam spodoba i cieszę się, że mogę cię tam zabrać.
Ola ciągle na niego nie patrzyła.
– Czemu chcesz tam zabrać mnie? Tyle miałeś prawdziwych modelek, a ja nie mam o tym bladego pojęcia.
– Zadbam o to, żeby wszystko wyszło, jak powinno. Na pewno ci się uda.
Chwila ciszy.
– Dziękuję Lambert… Nie wiem, czy dobrze robisz, ale dziękuję.

wtorek, 21 marca 2017

Rozdział 9


Lambert po raz pierwszy w życiu naprawdę zakochał się na studiach w czasie pierwszego roku. To nie była miłość inna niż większość – zwykła, bez robienia przesadnie romantycznych rzeczy jak śpiewanie ballad pod oknem ukochanej, bez dramatycznych kłótni i tragedii, które miałyby rozdzielić jego i o rok starszą dziewczynę, którą na co dzień przychodził oglądać na próbach w teatrze.
Miłość spadła na niego bardzo gwałtownie, co można by porównywać do artystycznego olśnienia – nie wiadomo jak, skąd, po co ani co z tym do końca zrobić. Miało to miejsce w ułamku sekundy, gdy po udanym seksie zdobył się na najczulsze przytulenie, zanurzył twarz w jej włosach, chłonął nozdrzami lekko cytrynową woń. I pomyślał wtedy, że mógłby z nią spędzić całe życie, bo właściwie to dlaczego nie? Była piękna, mądra, utalentowana i nigdy nie przysparzała problemów nikomu.
Nie wszystko jednak mogło pójść tak pięknie i prosto, a Lambert wcale nie ustatkował się emocjonalnie, jak z początku pomyślał i sobie wmówił. Wtedy też zaczynał pierwsze poważne projekty na akademii filmowej w Łodzi. To zdecydowanie najpiękniejszy okres z jego życia i narodziny artystycznych bogów, którzy chcieli tworzyć coś wielkiego, począwszy od zdjęć, przez scenariusze, aż po samą reżyserię i wiele innych. Niektórzy jak Lambert chcieli w ten sposób zmieniać świat, ale w końcu zdawali sobie sprawę, że ten proces wymaga wielu wyrzeczeń.
I nagle jego miłość do młodej aktorki zaczęła mu przeszkadzać, łamała dopiero rozwijające się skrzydła, usilnie chciała sprowadzić na ziemię, rozwiać odważne marzenia. Choć serce mu krwawiło, musiał ten związek zakończyć i pozwolić innym uczuciom działać. Wtedy pojawiło się kolejne, którego nigdy nie umiał nazwać, mimo że trwał w nim każdego dnia przez ponad dwa lata.
Poznał absolwenta swojej szkoły, który również pałał się reżyserią. Dzieliło ich dziesięć lat różnicy wieku, jednak Lambert nigdy nie zwracał na to uwagi. Wszystkie szczegóły otaczającego go świata były niczym przy tym. Zaprzątał mu myśli dniami i nocami, niekiedy spędzali razem całe dnie i noce, rozmawiając o filmach, literaturze, muzyce, czasami nawet o sensie życia.
Jak to jest, że siłę spojrzenia dostrzega się, gdy jest ono zarezerwowane tylko dla nas? Że wystarczy kilka chwil razem i nie wiadomo, czy jest jasno czy ciemno. Dobrze czy źle. Jak to jest, że ktoś nas przyciąga, fascynuje i pociąga zupełnie bez wzajemności?
Czasami jednak zdobywamy się, by wszystko z siebie wyrzucić, wyznać drugiej osobie wszystko, co się do nich czuje, nawet jeśli nie umiemy tych uczuć nazwać.
Tak zrobił też Lambert. I były to ich absolutnie ostatnie zamienione słowa. Absolutnie ostatnie spotkanie.
Na taki cios nie był przygotowany. Na długie miesiące wypełniła go gorycz i poczucie straty chyba nawet większe jak wtedy, gdy stracił brata. Jego bezpardonowa ciekawość żałowała, że nigdy nie zaznała ciała tego mężczyzny, choć niekiedy byli siebie już tak blisko. W okresie uczuciowego rozbicia Lambert chciał poznać męskie ciało inne niż swoje najdokładniej, jak się dało. Nie udało mu się to jednak i musiał się z tym pogodzić. Po latach nawet z politowaniem patrzył na swoje dawne pragnienia.
Od tego czasu nie szukał już miłości. Studia bardzo go zmieniły, zwłaszcza w strefie uczuć i przestał tak bardzo potrzebować towarzystwa ludzi. Ograniczył kontakty ze starymi znajomymi, z paroma wyjątkami, co kilka lat mieszkał w innym kraju, na wakacje wracał do Polski, również za każdym razem do innego miasta. Polubił samotność, samotne poznawanie świata i robienie sztuki wszelkiego rodzaju. Odnalazł w tym radość i satysfakcję, a ludzi trzymał z daleka, aby nie zaszkodzili żadnemu z tych procesów.
Jednak jeżdżenie po świecie nie było tak piękne, jak mogłoby się wydawać. W każdym kraju widział rzeczy, które były bolesne. Niektórych nie zapomniał po kilkunastu latach. Raz nawet ledwo uszedł z życiem ze strzelaniny w Bostonie. To i inne ciężkie doświadczenia sprawiły, że stał się gorzki, sceptycznie nastawiony do życia i wrogo do ludzi. Kiedyś zastanawiał się nad tym, co się z nim stało, ale teraz wszelkie niewygodne myśli tłamsił w sobie, nierzadko z pomocą alkoholu i papierosów. Przez lata od jednego i drugiego udało mu się chcąc nie chcąc uzależnić. Zwłaszcza od papierosów. Palił jak smok i przymykał oko na konsekwencje.
Ostatnio jednak coś wydawało się zmienić. Ola dość mocno namieszała mu w życiu. Poczuł, że tak będzie, już wtedy, gdy znalazł ją w tym starym garażu. Osoby, które tak się poznaje, nie mogą okazać się nieistotne.
Lubił spędzać z nią czas. Wiedział, że od razu zaskarbił sobie jej szacunek razem z namiastką strachu i nawet uległości. Czasami bywał dla niej ostry. Nie potrafił nie skrytykować jej, gdy mówiła, że każdemu człowiekowi należałoby z założenia zaufać i obdarzyć szacunkiem. Była zbyt czysta, niewinna i naiwna dla tego świata. Martwiło go to i chciał, aby zmieniła swoje podejście na bardziej trzeźwe i twardo stąpała po ziemi. To nie proste, ale widział, że jego reprymendy przynoszą skutki. Właściwie nie wiedział, dlaczego tak usilnie stara się ją „wyszkolić”, dlaczego tak mu zależy. Wzbudzała w nim bardzo sprzeczne uczucia.
Ciągle widział w niej dziecko: te rozmarzone, lekko zagubione, zielone oczy, zdarzało jej się dziecinnie i zarazem niezwykle uroczo denerwować. Z jednej strony to go rozczulało, a z drugiej chciał, by jak najszybciej przestała taka być i w końcu dorosła. Miałoby to zbawienny wpływ na nią i zapewne zmieniłoby to, co tworzy – stałoby się lepsze. Nie należała do osób głupich. Bacznie obserwowała świat, ale nie mogła wyzbyć się swojej naiwności, że z natury wszystko jest dobre, każdy jest dobry. Żeby się otrząsnąć musiałaby przeżyć porządną szkołę życia. Wiedział, że to okrutne, ale dla niej jednak jak najbardziej potrzebne.
Czasami zastanawiał się, czy aby na pewno dobrze robił, odpowiednio o niej myślał. Byli przecież tak rożni jak żadna inna dwójka ludzi na świecie. Ona – ułożona i porządna, dobrze wychowana w bogatym domu, gdzie niczego jej nie brakowało, i on – pracowity, choć niezorganizowany, z paskudnym dzieciństwem, od początku nie miał kompletnie nic i na wszystko musiał zapracować już jako młody nastolatek.
Miał dziwną potrzebę, by się nią opiekować, poczuwał to niemal jako obowiązek osoby obecnej cały czas w jej życiu. Rodziców nigdy przy niej nie było, zajmowali się szczególnie robieniem kariery, a ją pozostawiali samą sobie. Dziwne, że wolność nie uderzyła jej w głowę i nie stoczyła się w przypływach młodzieńczej głupoty. Różnica wieku między nimi była na tyle duża, że właściwie mógłby być jej ojcem, chociaż nigdy kompletnie się w takiej roli nie widział, czasem tak się wobec niej zachowywał. Czuł, że musi. Ktoś musi jej pomóc w tym świecie. Albo może coraz bardziej wychodząca na wierzch samotność mu tak kazała – znaleźć pretekst do stania się nieodłączną częścią czyjegoś życia.

wtorek, 14 marca 2017

Rozdział 8


Kolacja z Lambertem wypadła bardzo dobrze. Mimo że mężczyzna był tak samo poważny jak wcześniej, udało im się przyjemnie porozmawiać na nieco lżejsze tematy niż poprzednio i zjeść dobre sushi. Żałowała jedynie, że nie pozwolił jej tknąć wina, a sam wypił dość dużo i wydawał się mieć potem trochę lepszy nastrój. Gdy odprowadził ją pod wieżowiec, poprosił o jej profil na portalu społecznościowym, żeby umówić się jeszcze kiedyś. Po jej telefonie nie było śladu, więc nie mogła podać mu numeru zamiast tego.
Minęła dwudziesta druga, kiedy wróciła. Gdyby jej rodzice byli w domu, pewnie surowo by ją potraktowali i od razu chcieliby się dowiedzieć, z kim tak długo przebywała. Jeśli mieliby się dowiedzieć, że z niemal obcym, dwa razy starszym mężczyzną, mogłaby do końca roku nie wychodzić z domu, a Lambertowi narobili pewnie sporo problemów prawnych.  Mieli wpływy i niekiedy lubili ich nadużywać, żeby dopiąć swego, wolała więc nawet nie myśleć o konsekwencjach tego wszystkiego. Wolała, by ich znajomość została tajemnicą, ale na szczęście rodzice wcale się tak bardzo nie interesowali jej życiem, rzadko byli na wyciągnięcie ręki. W takim wypadku mogła się z tego cieszyć.
Głośno odetchnęła i usiadła na łóżku w swojej sypialni. Przez chwilę rozmyślała, jej umysł ciągle zaprzątał Lambert i jego nietuzinkowy charakter, który tak bardzo ją zaintrygował. Po chwili odpoczynku zdecydowała się wziąć swój laptop, znaleźć go w Internecie i napisać do niego z pytaniem, czy nie ma ochoty spotkać się znowu już jutro po południu. Pisała to z drżącym sercem, pełna obaw, czy może nie zbyt przesadnie się mu narzuca jako małolata.
Po kilku minutach otrzymała wiadomość: Z miłą chęcią. Mam Ci coś do pokazania.
Drugie zdanie wywołało u niej mieszankę zaintrygowania i niepokoju – nie miała bladego pojęcia, co mógłby chcieć jej pokazać. Pozostawało poczekać do jutra.

         ♦

– Szybko się ta wasza znajomość rozwija – stwierdził Miron. – Co z twoją sceptycznością?
– Ciągle jest. Ale mam powody, by być trochę przychylniejszym.
– Na tyle, by pokazać jej studio i całą pracę?
– Tak, od tego chcę zacząć. Mam wobec niej pewne plany… To ciągle dziecko, ale widzę w niej jakiś potencjał. Chcę wyzwolić z niej więcej dorosłości, zrozumienia.
– Czemu aż tak ci na tym zależy?
Chwila ciszy.
– Myślę, że ona tego potrzebuje.
Miron tego nie skomentował, uniósł tylko brwi w geście niezrozumienia i oparł się o ścianę już nieco starego budynku, w którym wielu ludzi i kilka małych firm wynajmowało biura i gabinety, tak samo, jak oni wynajęli niewielki pokój, w którym urządzili studio. Spędzali tam razem całe weekendy, nierzadko nie tracąc nawet czasu na wrócenie do domu na noc i sen. Pracowali cały czas i była to przyjemna dla nich praca. Tym razem w to piątkowe popołudnie miała do nich dołączyć jeszcze jedna osoba.
Białowłosa nastolatka zjawiła się pod budynkiem o umówionej z Lambertem godzinie. Powitała ich z uśmiechem i otaksowała z ciekawością Mirona. Lambert przedstawił ich sobie i z rozbawieniem oglądał minę chłopaka podziwiającego urodę nowej znajomej. Od razu uznał ją za atrakcyjną. Mironowi niedaleko było do Casanovy, ale nie bawił się na szczęście uczuciami poznanych kobiet.
Lambert otworzył główne drzwi i zeszli razem na pierwsze piętro poniżej parteru. Poza ich studiem nikt inny tam nie urzędował ani nikt się nawet nie zjawiał.
– Co to za miejsce? – zapytała, gdy mężczyzna otwierał kluczem drzwi.
Otworzył przed nią szeroko wejście i przepuścił pierwszą. Ola niepewnie weszła do pomieszczenia. Lambert zapalił światło i jej oczom ukazało się pomieszczenie zapełnione elektronicznym sprzętem, w szczególności fotograficznym, stertami książek, magazynów, papierów, płyt i nawet ubrań. Część pokoju była wydzielona szybą, by nie dostawały się tam żadne dźwięki z zewnątrz. Na jednej ze ścian wisiała wielka tablica na niemal całą ścianę, na której przyczepiono kilkadziesiąt zdjęć, wszystkie w czerni i bieli. Pod drugą ścianą widziała biurko z dwoma komputerami stacjonarnymi i kolejną stertą nieułożonych papierów. Pod trzecią natomiast stała już tylko duża, skórzana kanapa narożna wyglądająca na wyjątkowo wygodną.
Podeszła do tablicy, omijając rozwalone na ziemi książki fotograficzne i przyjrzała się zdjęciom. Większość wydawała jej się dziwnie znajoma.
– Jesteś Landon Freeman? – zwróciła się do Lamberta.
Mężczyzna oparł się o ścianę i uśmiechnął tajemniczo. Ola uznała to za potwierdzenie i wypuściła głośno powietrze.
– Obejrzałam część twojej pracy.
– I jak oceniasz?
Podszedł i stanął krok za nią.
– Nie wiem. To jest dla mnie zagadka. Poza tym, że podoba mi się pod względem wizualnym, nie mogę powiedzieć wiele.
Lambert nic nie odpowiedział. Podszedł do brzegu tablicy, ściągnął jedno ze zdjęć i pokazał jej. Przedstawiało półnaga kobietę pozującą w wannie, całą we krwi i z ranami.
– Ta kobieta od lat jest fotomodelką. Sama zgłosiła się do mnie, aby stanąć przed obiektywem. Zażądała najpierw zobaczyć mnie na własne oczy. Powiedziała, że nago może pozować tylko przed mężczyzną, który będzie ją fizycznie pociągał. – Jego twarz wykrzywiła się lekkim grymasem uśmiechu. – Ona nie miała żadnego pojęcia o sztuce, nawet o fotografii niewiele wiedziała. Nie jesteś jedyną nieobytą w tych tematach. Przynajmniej sprawiasz wrażenie, jakbyś chciała się dowiedzieć czegoś więcej.
– Chciałabym… – zaczęła, urwała jednak, gdy napotkała wzrok Lamberta po raz kolejny. Mężczyzna przez chwilę przeciągał go, ale potem odwiesił zdjęcie i podszedł do jednego z zawalonych biurek. Przez dłuższą chwilę przeglądał różne teczki i papiery, nie patrząc na nią ani nie odzywając się słowem.
Ola, znowu nieco speszona, odwróciła się w stronę chłopaka przedstawionego jej jako Miron, który siedział na kanapie w rogu i zawzięcie stukał w klawiaturę rozłożonego na kolanach laptopa. Spojrzała na niego, jakby szukając pomocy w niezręcznej sytuacji. Młody blondyn wyglądał jej na osobę nielubiącą się wychylać i przesadnie nikomu narzucać, więc uznała, że ktoś taki umie bezkonfliktowo obchodzić się z Lambertem. Miron napotkał jej niepewny wzrok, jednak również się nie odezwał ani nie dał żadnego znaku. Od razu wrócił do swojego zajęcia. Przez chwilę jeszcze jednak rzucał na nią okiem znad monitora.
– Umiesz pisać, tak? – odezwał się w końcu Lambert. – Odnajdujesz się w poezji?
Ola spojrzała na niego podejrzliwie, nie wiedząc, co miało na celu jego pytanie. Miron także na chwilę oderwał się od pracy i wodził wzrokiem od niej do niego, bacznie obserwując ruchy ich ciał. Gdy dziewczyna wyraźnie się strofowała, Lambert wykorzystał swoją emocjonalną przewagę i przybrał rolę niemalże guru.
– Nigdy nie pisałam jej zbyt wiele – odpowiedziała w końcu.
– Spróbuj coś napisać. Najlepiej dzisiaj. Najlepiej w nocy, to idealna pora. Kiedy znowu się spotkamy, pokażesz, co ci z tego wyszło. Postaraj się.
Nie zabrzmiało to jak prośba ani propozycja, lecz jak rozkaz. Dziewczyna spuściła głowę i przez chwilę się nad tym zastanawiała, po czym przeniosła wzrok znowu na zdjęcia na ścianie. Niektóre wyglądały naprawdę ujmująco i pięknie, Lambert genialnie uchwytywał momenty. Ciekawe, czy długo szukał odpowiednich chwil na przyciśnięcie spustu migawki, czy przychodziło mu to tak naturalnie jak oddychanie. Obstawiała to drugie. Wszystko, co robił wydawało się jego i tylko jego. Jedyne i niepowtarzalne.

         ♦

Ze studia wydostali się późnym wieczorem, gdy zaczynało się już ściemniać. Lambert miał jeszcze jakieś sprawy do załatwienia, więc szybko się pożegnał i ich zostawił, na odchodnym prosząc Mirona, aby odprowadził Olę do mieszkania, bo jeszcze znowu spotka ją nieprzyjemna przygoda. Miron nie zaprotestował ani się nie zgodził, spojrzał tylko na dziewczynę swoimi błękitnymi oczyma.
– Nieprzyjemna przygoda?
– Nie pytaj. To długa historia – odparła dziewczyna, wzdychając lekko.
– Wybacz, że niezbyt rozmowny byłem dzisiaj. Pewnie chciałabyś, żebym wybawił cię od rozmowy z Lambertem, ale on mógłby to źle odebrać, a bywa porywczy. Nie chciałem z nim zadzierać.
– Nie mam ci za złe.
Ruszyli przed siebie krok w krok.
– Polubiłaś go?
– Sama nie wiem. Jest w nim coś przyciągającego i chciałabym go poznać bliżej. Na razie mam mieszane uczucia.
– Rozumiem. Pamiętam, jak ja go poznawałem na początku. – Wzniósł oczy do góry, śledząc wzrokiem przelatujące nad nimi gołębie. – Też nie czułem się komfortowo. Zadawałem pytania jakieś bez sensu, a on mnie często trochę spławiał, wiercił wzrokiem... Lambert jest trudny. Trzeba się przyzwyczaić do jego surowości, chłodu. To po czasie przestaje tak bardzo przeszkadzać.
– Czyli nie tylko dla mnie jest taki hardy? – zapytała.
– Na pewno nie. – Miron przyjrzał jej się dokładnie. – Nie daj mu się zmanipulować ani zastraszać, a powinno pójść dobrze. Wydajesz się miła, szkoda by było, gdyby cię zmieniał.
– Zapamiętam.

wtorek, 7 marca 2017

Rozdział 7


Kilka minut przed ustaloną godziną stał przy wejściu do ogromnego mieszkalnego wieżowca. Ubrany był cały na czarno: w dżinsy, koszulę i marynarkę, włosy związał z tyłu, żeby mu nie przeszkadzały, a w dłoni trzymał zawiniętego w folię różowego tulipana. Nie wyobrażał sobie iść na niebiznesowe spotkanie z kobietą bez kwiatów bez względu na to, ile miała lat i jak bliskie były ich stosunki. Jego natura mu tak nakazywała i tak też został wychowany – z naciskiem na szacunek do osób przeciwnej płci. Białowłosa zjawiła się punktualnie. Pierwsze, co zobaczył to burza jasnych loków, potem bordowa, przylegająca spódniczka i biała koszula. Nie mógł zaprzeczyć, że wyglądała naprawdę ładnie i wyraźnie się dla niego postarała, jednak wrażenie poprzedniego dnia i nocy sprawiały, że nie przyciągała go tak mocno, a był trochę zdenerwowany.
– Dobrze wyglądasz – powiedział najsympatyczniejszym tonem, na jaki było go stać. Zza pleców wyciągnął tulipan i wręczył go jej, lekko się przed nią kłaniając. Dziewczyna zaczerwieniła się lekko i przyjęła go, nie mogąc wydukać nawet jednego słowa.
– Chciałabyś iść w jakieś konkretne miejsce? – zapytał.
– Wystarczy mi spacer nad Wisłą, jeżeli tobie też odpowiada.
– Wedle twego życzenia.
Więc chodzili wzdłuż rzeki i przyglądali się promieniom słońca odbijającym się w tafli wody. Lambert nie lubił być osobą prowadzącą rozmowę, ale tym razem to on bardziej się udzielał, widząc, że dziewczyna jest wyraźnie onieśmielona i zdenerwowana. Nie dziwił jej się, ale miał nadzieję, że uda mu się ją przekonać do siebie i nikt nie będzie czuł się niezręcznie.
– Powiedz mi coś o sobie – zaproponował, chcąc zachęcić ją do mówienia. – Kim jesteś? Co robisz w życiu i co chciałabyś robić?
– Hm… – mruknęła. – Cóż… jestem w ostatniej klasie gimnazjum, dobrze się uczę i bardzo to lubię, jestem ciekawska, chcę dużo wiedzieć. Moim ulubionym zajęciem jest rysunek, zaraz po tym pisanie, od niedawna fotografia. Cały czas staram się, żeby moje prace były jak najlepsze.
– Publikujesz je gdzieś?
– Nie. – Pochyliła głowę. – Nie ma czego światu pokazywać, a ja muszę jeszcze z tym poczekać, ćwiczyć, dokształcać się.
– Myślę, że jest co pokazywać. Nie widziałem twoich prac, ale bez względu na jakość powinnaś pokazywać je komuś, kto się zna. Oni wskażą ci, co jest dobrze, co poprawić, czego nie robić, dadzą ci ważne lekcje. Sama robisz mniejsze postępy, dlatego bardzo popieram pracę pod okiem mentorów.
– Masz swojego mentora?
– Jestem już na takim etapie, że to ja jestem mentorem dla innych. Ale były i czasy, kiedy oczywiście miałem.
– Czym się zajmujesz?
– Ogólnie mówiąc, sztuką. Konkretniej zdjęciami, filmami, muzyką. Lubię też grafikę, jak pewnie się domyślasz, bo wspominałem, że się tym zajmuję, a nie wytrzymałbym, robiąc coś, co mi nie odpowiada. – Wbił wzrok w wodę.
– Co cię popchnęło do robienia tego?
– Myślę, że to moje powołanie. Niczego nie czuję lepiej i nic nie daje mi tyle radości, Zawsze czułem do tego pociąg, od lat się tym zajmuję.
– Jak się to zaczęło?
– Opowiem ci od początku. – Odkaszlnął. – Urodziłem się w malutkiej miejscowości na Litwie, gdzie nawet nie miałam blisko żadnego miasta. Ja i moi rodzice byliśmy Polakami i zawsze lepiej umiałem mówić po polsku, czytałem też tylko po polsku. Kiedy miałem siedemnaście lat wyjechałem do Wilna do średniej szkoły i zamieszkałem w internacie. To była moja pierwsza konfrontacja z dużym miastem, musiałem wszystkiego się nauczyć, ale usamodzielniłem się szybko, między innymi dlatego, że miałem wtedy złe kontakty z rodzicami i chciałem jak najszybciej się od nich odciąć. Uczyłem się bardzo dobrze, dostałem się na studia na Jagielloński w Polsce. Studiowałem najpierw informatykę i po dwóch latach znalazłem dobrą pracę, uniezależniłem się wtedy od rodziców. Potem, gdy miałem więcej kasy na koncie, poszedłem do akademii filmowej, żeby studiować reżyserię. To było dla mnie. Czułem, że to moje miejsce, moje powołanie. Powiedziałbym „przeznaczenie”, ale w nie nie wierzę. Do tej decyzji namówił mnie jeden nauczyciel z tej uczelni, gdy dowiedział się, że pasjonują mnie filmy. Poszedłem tam bez wielkich oczekiwań względem siebie, ale przekonałem się, że to była jedna z najlepszych decyzji moim życiu. I od tego się zaczęło. Więc była to wyboista droga, co chwilę rzucałem się na głęboką wodę, na złamanie karku i czasami musiałem się po tych skokach długo zbierać, ale teraz myślę, że było warto.
– I nie zacząłeś po studiach w akademii kręcić jakichś pełnometrażowych filmów?
Lambert zaśmiał się mrukliwie.
– Nigdy nie chciałem być jakąś gwiazdą. Urodziłem się dla sztuki, a to wbrew pozorom zupełnie coś innego jak popularne filmy czy muzyka. One rzucają ci przesłanie prosto w twarz albo rażą brakiem przesłania. Sztuka, którą chciałem się zajmować i teraz zajmuję, tego nie robi, każe ci doszukiwać się przesłania. I nigdy nie wiesz, jak dobre jest twoje rozumienie przesłania, bo nie możesz być pewna, co twórcy mieli na myśli. – Uśmiechnął się tajemniczo i spojrzał jej w oczy. – Sztuka w pewnym sensie jest dla elit, które chcą czegoś więcej. Dla ludzi, którzy myślą, szukają, obserwują. Popularna twórczość jest dla mas o prostym myśleniu, nieciekawych, niecierpliwych, mających wąskie horyzonty, uproszczone wartości i myślenie.
Lambert odwrócił wzrok z powrotem w stronę Wisły i wyciągnął paczkę papierosów z kieszeni marynarki, zapalił jednego. Pozwolił sobie na to, bo wiedział, że dziewczyna jest teraz speszona. Zastanawiał się, czy powinien zaliczać ją do prymitywnych mas czy do tych, którzy są w stanie zrozumieć sztukę. Ona zapewne też myślała, jak on ją może postrzegać.
– Co ty tworzysz? – zapytał po dłuższym milczeniu.
– Ja? – powiedziała jakby zdziwiona pytaniem.
– Wspomniałaś o pisaniu, rysunku, fotografii…
– Myślę, że to nie jest nic, co można nazwać prawdziwą sztuką.
– Jeżeli masz tworzyć prawdziwą sztukę, musisz ją najpierw pojąć, zapoznać się z nią. Nie wiem, czy już to zrobiłaś. Pewnie nie, jesteś bardzo młoda. Młode myślenie, gorąca głowa.
– Jak mam ją poznać? – Ola była onieśmielona. Lamberta sprawiał wrażenie, jakby z niej kpił albo uważał za głupią, denerwowała się, słysząc chłodny, nieprzyjazny ton głosu, więc nie chciała zbyt dużo mówić od siebie w strachu, że upokorzy się przed nim.
– Wiesz, że to nie jest takie proste? Ani szybkie? To kwestia zmienienia myślenia, nawet niektórych wartości wpajanych od lat. Może po czasie uświadomisz sobie, że część rzeczy po prostu w rzeczywistości nie mają sensu i przez lata karmiłaś albo karmiono cię kłamstwami.
– Nie rozumiem, co masz na myśli.
Zaciągnął się i wypuścił dym z płuc. Przez chwilę nic nie mówił. Ola pomyślała, że może nie rozumiała tego, co on uważa za oczywiste i właśnie się zbłaźniła. Rozmowa z nim stawała się coraz bardziej niekomfortowa i stresująca.
– Nie zamykaj umysłu, nie oceniaj – mówił. – Nic nigdy nie ma końca i jednego wytłumaczenia, które byłoby dobre. Słuchaj innych, kształtuj własne zdanie, ale nie trzymaj się go jak fanatyczka. Otwórz się, szukaj, odkrywaj. To bardzo ważne, ale niektórzy i tak się tego nie nauczą. Są po prostu zbyt ograniczeni, by pytać i chcieć otrzymać odpowiedzi. Pytania i odpowiedzi nie zawsze są wygodne, więc ich nie chcą. Ale trzeba pytać o wszystko, żeby móc zrozumieć.
Ola spuściła głowę, wpatrywała się w płynącą rzekę tuż pod nimi. Głowa kotłowała jej się od uporczywych myśli i słów Lamberta, które zdawały się kłuć jej umysł i serce, próbowała jak najlepiej pojąć ich. To były ważne słowa, ale nie wiedziała jeszcze, jak bardzo.
– Spójrz na mnie – odezwał się jeszcze chłodniejszym niż wcześniej głosem. Bardziej surowy niż głos jej ojca, którego bała się niezmiennie od lat. – Czego się boisz?
Wstrzymała oddech, zamknęła oczy, żeby na niego nie patrzeć.
– Tego, że to nie jest proste i nigdy ci się nie uda? To normalna wątpliwość, ale ona nie powinna cię zatrzymać, jeżeli naprawdę czegoś chcesz. Nie będę ci mówił, żebyś się nie bała, że nie ma czego, bo może i boisz się słusznie. Ale i tak odbierzesz to, jak chcesz. – Westchnął i wbił wzrok w niebo, nie chcąc przez chwilę patrzeć na nią. – Myślę, że musisz się nad tym zastanowić. Masz na to jeszcze dużo czasu.        
Ola nic nie odpowiedziała. Zagryzła wargi, dłonie zaczęły jej lekko drżeć. To, co powiedział Lambert, było tak prawdziwe, że aż nie mogła w to uwierzyć. Kim on jest? Skąd on się urwał? Co nakierowała go na moją drogę? Zwykły przypadek zdawał się nie wchodzić w grę. Ogromna mądrość biła z jego wypowiedzi, doceniała ją, ale nie wiedziała, co z nią zrobić, co mu powiedzieć.
– Myślisz, że jestem warta mówienia tego wszystkiego? Że to cokolwiek zmieni we mnie?
Lambert przez chwilę się w nią wpatrywał, widziała go kątem oka. To spojrzenie parzyło, nawet przerażało.
– O tym się dopiero przekonam. O ile oczywiście nie będziesz chciała zakończyć naszej znajomości.
– Nie – odpowiedziała bez namysłu. Nie mogłaby jej zakończyć, coś jej nie pozwalało.
– Masz ochotę na kolację? – zapytał Lambert. To było najlepsze i najprzyjemniejsze pytanie, jakie jej zadał do tej pory.
– Jasne. – Uśmiechnęła się.


♦♦♦


Mam nadzieję, że pierwsze „normalne” spotkanie Lamberta i Oli Wam się spodobało. Jestem też ciekawa, jak w moim wydaniu prezentują się rozdziały skupione niemal tylko na dialogach, więc będę wdzięczna za opinie ;) Pozdrawiam

czwartek, 2 marca 2017

Rozdział 6


Usiadła na krześle w kuchni w domu. Czuła niebanalną mieszankę zmęczenia, podekscytowania i strachu. Wydarzenia ostatnich kilku godzin nie chciały ułożyć się w spójną i logiczną całość, a im dłużej nad nimi myślała, tym więcej pojawiało się pytań. Serce tłukło jej się przy tym w klatce piersiowej jak po mocnym treningu.. Takie sytuacje znała tylko z książek i filmów, słyszała o nich najwyżej w gazetach i nie budziły one większych emocji, aż sama wpadła w ciąg tajemniczych zdarzeń.
Nie rozumiała, dlaczego ktoś napadł ją i pobił, najprawdopodobniej z zamysłem, by niczego nie była świadoma? Czy napastnicy uważali, że młodziutka gimnazjalistka może mieć przy sobie duże pieniądze? Nie miała – ledwie trochę drobnych i telefon z potłuczoną szybką, której nie zdążyła jeszcze wymienić w serwisie. Dlaczego ją pobito, skoro niezależnie, czego by od niej chciano, nie mogłaby stawić oporu? Nie należała do postawnych osób, a wręcz przeciwnie, nie miałaby dość siły, aby się bronić. Prawdopodobnie mogłaby tylko krzyczeć, wołać o pomoc, co pewnie nawet nie zainteresowałoby ludzi w pobliżu, gdyby w ogóle znalazłby się ktoś na tyle blisko, by ją usłyszeć.
Przeszło jej przez myśl, że sama się o to prosiła. Pomyliła uliczki, tamta wyglądała podejrzanie, zmierzchało, a mimo to nie wróciła, tylko szła dalej, licząc, że zaraz wejdzie na znane tereny. Mogła jedynie się cieszyć, że nic z tego nie pamiętała. Bez wątpienia musiała mocno oberwać parę razy, dalej czuła ból w niektórych miejscach podczas ruchu lub gdy ich dotykała.
Bała się, oczywiście, że się bała. Najchętniej przez jakiś czas nie wychodziłaby wcale z domu, ale była na tyle lekkomyślna, by dać się namówić na kawę z nowo poznanym Lambertem. Po namyśle też uznała to za niebezpieczne: mężczyzna wyświadczył jej, co prawda, ogromną przysługę, ale nie chciał jej zabierać do szpitala ani na policję. Uzasadnił to, ale ona obawiała się, że on nie powinien z jakichś powodów pojawiać się w takich miejscach. Może miał problemy z prawem? Dlaczego on również chodził tymi zazwyczaj pustymi ulicami i ją tam znalazł? Widziała w nim podejrzanego typa, miał dziwny sposób bycia, a chłodne czarne oczy niemal wgniatały w ziemię przy każdym, nawet najkrótszym, kontakcie wzrokowym.
Nie mogła powiedzieć, że go znała – spędziła z nim bardzo niewiele czasu, ale miała pewność, że jego osoba pozostanie w jej pamięci na długo. Był niezwykle charakterystyczny, każdy szczegół w nim: rysy twarzy, delikatne liczne zmarszczki, czarne włosy cały czas w nonszalanckim nieładzie zaczesane za uszy, mimika, niski, lekko chrapliwy głos oraz miękki sposób poruszania się. Zauważyła jednak, że nie zachowywał się za każdym razem tak samo, nie zawsze emanował spokojem. Gdy nocą zapytała go, dlaczego ją śledził, momentalnie się zmienił i twarz co chwilę nieznacznie mu drgała, głos stał się jeszcze niższy, ale już jakby mniej głęboki, pod koszulką widziała napinające się, jakby obronnie, mięśnie, co z kolei powodowało sztywniejsze ruchy. Stres i brak poczucia komfortu na niego wpływał.
Lambert gościł w jej myślach niemal cały czas, od kiedy zostawił ją pod blokiem, do samego wieczora, gdy wzięła się znowu za pisanie i obrabianie zdjęć. W głowie miała ciągle istny chaos, co uniemożliwiało jej tworzenie opowiadań – nie mogła skleić nawet jednego logicznego zdania. Podczas wypisywania kolejnych słów ciągle myślała o nim i nie potrafiła przestać. Ciekawe, co na jej „dzieła” powiedziałby Lambert. Skoro zajmował się montażem filmów, zapewne znał się chociaż trochę na samej fotografii, nagrywaniu, uchwytywaniu najlepszych momentów. Olę zawsze fascynowała zdjęcie jako sztuka, a nie tylko przedstawianie obrazów. Lubiła, gdy miały głębię, drugie dno, mrok i tajemniczość. Zazwyczaj zapewniali to modele odgrywający swoją rolę najczęściej przy pomocy odpowiedniej charakteryzacji lub po prostu ludzie, którym nawet nie trzeba kazać pozować. Samym sobą potrafią opowiedzieć więcej niż wszystko.
Nie miała swoich ulubionych fotografów, zazwyczaj znajdowała poszczególnych twórców w Internecie, najczęściej całkiem przypadkowo, i śledziła ich kolejne poczynania. Tej nocy, przeglądając po kolei różne profile na facebooku, trafiła na jeden, który szczególnie przykuł jej uwagę. Nie należał już do tych początkujących, miał prawie milion obserwatorów, co uważała za naprawdę godną pochwały liczbę. Ten mężczyzna, bo profil nazywał się „Landon Freeman”, miał na swoim koncie kilka krótkich filmików, utwory muzyczne, niektóre wzbogacone o teledyski, grafiki oraz kilka obszernych sesji zdjęciowych. Taki dorobek miał po ponad roku – dobry wynik, biorąc pod uwagę także jakość jego prac, które wyglądały nieprzeciętnie. Ale żeby się o tym przekonać, włączyła już oddzielną stronę artysty, gdzie prezentował się jeszcze ciekawiej. Musiał sporo napracować się nad wyglądem strony. Całość była w ciemnych kolorach. Zobaczyła zakładki opisane po angielsku kolejno: „Biografia”, „Sesje zdjęciowe”, „Filmy”, „Grafiki” i „Współpraca”. Zaczęła od tej pierwszej, zapewne najuboższej w treść: znajdowało się tam tylko zdjęcie człowieka w czarnej masce na tle szarej, zniszczonej, obdrapanej ściany – nie mogła dostrzec niczego szczególnego u tej osoby, a więc mógł nią być dosłownie każdy. Zdjęcie zostało opatrzone krótkimi wersami: „Urodzony dla sztuki” oraz „Napisz”. Po najechaniu na drugi z nich, wyświetlała się mała ramka z polem tekstowym. Ola od razu przełączyła na kolejną zakładkę.
W “Sesjach zdjęciowych” zobaczyła kilka czarno-białych miniaturek, a każda z nich była odnośnikiem do obszerniejszych galerii z całymi sesjami. Każdą z nich łączyło kilka czynników: wszystkie w czerni i bieli, robione w pobliżu ruin starych, często przedstawione w sesji postaci miały na twarzach maski, co gwarantowało im anonimowość. W przeciwnym wypadku podlinkowane zostały strony modeli. Z każdego pojedynczego zdjęcia wiało grozą i dziwnym rodzajem niepokoju , co było zasługą drastyczności większości z nich. Ruiny, krew, nagość, dziwne postaci – to nie był codzienny widok. „Filmy” przedstawiała kilka krótkich, nie mających więcej niż trzy minuty, filmików umieszczonych  na YouTube. Utrzymane zostały w podobnym klimacie, co zdjęcia: ciemna kolorystyka, dziwne miejsca, nietypowy, chaotyczny montaż, psychodeliczna muzyka dopasowana so szybko zmieniających się obrazów. Tam jednak zazwyczaj ukazywał się ciągle tylko jeden mężczyzna w czarnych ubraniach i różnych maskach, niekiedy naprawdę upiornych. Oli przemknęło przez myśl, że nigdy nie chciałaby spotkać na żywo tego człowieka. Za bardzo się obawiała. Zamknęła stronę. Ciągle jeszcze wpatrywała się w pulpit laptopa pogrążona w swoich myślach. Dałam się omamić, pomyślała. Dokładnie o to mu chodziło, o wzbudzenie ciekawości, niepokoju, może nawet strachu. Jego metody, jakiekolwiek by wymienić, działały genialnie.
Po zamknięciu laptopa zajęła się kolejną codzienną czynnością, jaką była nauka, której zawsze uspokajała nieco jej myśli.

   ♦♦♦

Przez chwilę przyglądał się obłoczkowi dymu unoszącemu się ku sufitowi. Słyszał, jak Miron przewraca co chwilę kartki. Przez dłuższy czas się nie odzywał. Chłopak był mocno skupiony , co rzadko się zdarzało, a on nie chciał tego psuć. To w takich momentach Miron wpadał na najlepsze pomysły, chociaż nie zdawał sobie z tego sprawy i nie szanował własnego skupienia. Ale Lambert to robił – tyle wystarczało, kiedy razem pracowali.  Inne projekty chłopaka go mniej interesowały, to nie jego sprawa, jak nad nimi pracował. Jako jego współpracownik musiał przystosować się do chociaż części narzuconych mu zasad i Lambert cieszył się, że to robił i nie dyskutował. Zresztą na początku znajomości powiedział mu, ze jeżeli nie pasują mu układy, zawsze może zrezygnować. Nie zrezygnował, a to dla Lamberta znak, że wspólna praca i obdarzanie chłopaka sympatią ma jakiś sens.
– Może coś w stylu danse macabre? Pasowałoby to. Takie jasne i dosadne przesłanie, że nawet najbardziej wpływowych i bogatych ludzi spotyka brzydka, śmierdząca i gnijąca śmierć.
– Jak dla mnie ci najgorsi żyją z daleka od śmierci przez dekady, a młodsi, cudowni ludzie zaciskają pętle na szyjach w wieku trzydziestu lat albo i wcześniej. I tyle mamy z cudnej równości wobec śmierci. Najlepsi chcą umierać zastraszani przez tłustych gnojów z kasą i wpływami.
– Zawsze znajdziesz dziurę w całym – żachnął się Miron.
– To moja specjalność, zawodowa także. Dziura motywuje do jej łatania, szukania nowych rozwiązań. – Lambert wstał ze swojego ulubionego fotela, zaciągnął się mocno papierosowym dymem i wyjrzał za okno na ruchliwe ulice. Teraz pewnie większość wracała z pracy do domu, do rodzin. Przez dłuższą chwilę nic nie mówił – wpatrywał się tylko w przemijające pojazdy. Miron przez chwilę przewracał kartki, ale potem, jak domyślał się Lambert, zaczął wpatrywać się tylko wnikliwie w jego profil. Mężczyzna uniósł kąciki warg, co nie umknęło uwadze blondyna.
– Wyglądasz dziwnie pozytywnie – stwierdził Miron, nie przestając się mu przyglądać jakby uniesienie warg to tylko początek i zaraz wybuchnie głośno radosnym śmiechem, czego Mironowi nigdy nie było jeszcze dane usłyszeć ani zobaczyć.
– Można tak powiedzieć. – Zgasił papierosa w popielniczce na parapecie i odwrócił się przodem do chłopaka. – Mam dziś spotkanie i liczę, że wypadnę wystarczająco dobrze.
– To ma związek z naszymi filmami?
– Nie. Wtedy podchodziłbym do tego sceptycznie.
– Z kim się spotykasz w takim razie?
– Pozwól mi to zachować dla siebie. Takie wyznanie mogłoby wzbudzić pewne kontrowersje.
– No dobrze. Nie wnikam już. Jeżeli coś z tego spotkania wyjdzie prawdopodobnie i tak się o tym dowiem.
– Niewykluczone.
Lambert usiadł znowu w fotelu i zmrużył oczy, co towarzyszyło głębszemu zastanowieniu.  Nie wiedział, co miałoby wyniknąć ze spotkania z Olą. Tak naprawdę nie liczył na nic spektakularnego, bo prawie nic o niej nie wiedział, poza tym, że była nadzwyczaj urodziwa, a rozmowa z nią nie była nieprzyjemna. Nie zdążył wciągnąć jej w żadną głębszą dyskusję, co z pewnością nadrobi na spotkaniu. Nie zależy mu na bezwartościowej znajomości z jakąś pustą nastolatką, jeżeli takową się okaże. Nie powinien robić sobie w związku z tym zbyt dużych nadziei czy oczekiwań. To ciągle dziecko w dość głupim wieku.
– Panie szefie, może by się pan skupił trochę? – wyrwał go z zamyślenia kpiarski głos Mirona.
– Wybacz. Co masz? – Oparł głowę na dłoni i przyjrzał się z daleka notatkom blondyna.
– Myślę, że przy muzyce, którą mamy, dobrze będzie postawić na najbardziej niepokojący montaż odpowiadający muzyce, żeby wszystko się ładnie zgrało. Uczta dla oczu i uszu, choć może trochę zatrute potrawy na stole podamy.
– Ciekawe porównanie. I pomysł też, ale wiesz, że jedną technikę stosujemy tylko raz. Może tę zostawimy dla szóstki na przykład, tam też jest potencjał.
– Każdy film powinien być równie dobry. Nie wyróżniajmy lepszych projektów, które zasługują na więcej uwagi. Ta nasza, znaczy twoja, wizytówka, że zawsze wszystko jest najlepszej jakości, ale nigdy nie ciągniesz za to kasy od ludzi, nie znajdą u ciebie reklam. Tym się wyróżniasz.
– Nie jestem jedyny, ale mi udało się zdobyć sporą popularność.
– Zasłużyłeś na to – powiedział od razu Miron. – Niewielu znam takich jak ty.
– Dziękuję. – Na twarzy Lamberta pojawił się cień szczerego uśmiechu.


♦♦♦

Przepraszam, ale znowu zdarzyło się spóźnienie z rozdziałem. Pochłonęły mnie obowiązki, nie myślałam wcześniej o rozdziale, a wymagał on paru poprawek. Mam nadzieję, że jednak się podobał ;)
Aveline Gross (Land Of Grafic)